Szloma z Rozłodów
Na skręcie drogi prowadzącej do blizkiego miasteczka, we wsi Rozdołach, stała mała, drewniana karczma.
Po za karczmą ciągnęła się wieś. Naprzeciw niej, zakryty wspaniałemi kląbami drzew, stał dwór, którego kominy i wierzchołki z dachem na czerwono pomalowanym, z karczmy były widzialne.
Karczma zajmowała miejsce podrzędne wpośród szynków i propinacyj okolicznych; drogi bowiem krzyżujące się pod jej drzwiami były drugorzędne i prowadziły do mniej ważnych punktów.
Dwór wprawdzie był zamożny, utrzymywał liczną służbę folwarczną, wieś była dużą i ludną, wszystko to jednak nie wynagradzało korzyści płynących z dobrego położenia.
Mimo to, arendarz, znany w całej okolicy pod nazwiskiem Szlomy z Rozdołów, zajmował wybitne między żydami miejsce. Uważano go za kapitalistę i bardzo tęgą, finansową głowę.
Szloma od niepamiętnych czasów był arendarzem w Rozdołach. Dobrze mu się widać działo, choć zawsze narzekał, choć karczma przeważnie świeciła pustkami, choć życie w niej z zachodem prawie słońca gasło.
Szloma był wygodnickim, dla byle czego się nietrudził. Nieraz spóźniony chłop napróżno pukał do okna. Szloma wyglądał przez okienko, a widząc jednego tylko biesiadnika i amatora na jakie dwa kieliszki, nie otwierał karczmy.
— Idźta do domu, nie mam wódki! — odpowiadał i zamykał lufcik.Światło jednak w jego komorze do późna zawsze jaśniało. Choć karczma była zamknięta, w mieszkaniu żyda czuwano; Szloma coś robił, ale co, nikt nie wiedział.
Z uderzeniem godziny dziesiątej zamykał arendarz karczmę, gasił światło w szynkowni i udawał się do przyległej izby. Był to mały pokoik, zapchany różnemi, codziennego użytku przedmiotami, szafami, pólkami, skrzyniami itp. Do tej izdebki przylegała kuchenka nizka, ciasna lecz czysta, w której przesiadywała Szlomowa z dziećmi i jedną garbatą służącą.
Ponieważ dzień był jesienny i ponury, Szloma wcześniej jeszcze niż zwykle zamknął szczelnie karczmę i światło z szynkowni do izby przeniósł. Usiadł na ławie przy stole nakrytym białym, poplamionym obrusem. Równocześnie przybiegła żona z kuchni i zakryła okno starą, kolorową niegdyś chustką, podwójnie złożoną.
Szloma mógł liczyć lat czterdzieści, nosił brodę spiczasty, był dobrego wzrostu i miał wszystkie zwykłe typu swego cechy. Nos silnie garbaty; — spojrzenie prawie wyzywające i zdradzające dużo zmysłu spostrzegawczego, odznaczało twarz niezwykłym sprytem. Cechą zaś główną jego fizyognomii był pewien jej wyraz zadziwiający swoją bezczelnością, a maskowany spokojem i wiecznie dobrodusznym uśmiechem. Na twarzy tej nie było pospolitej u żydów, trawiącej ich chciwości. Owszem, ów jakiś spokój, połączony z złowrogą pewnością siebie, wiejący z tego oblicza, przestraszał.
